Adam Zadworny
Myślę, że mocno zbliżyłem się do prawdy
Adam Zadworny
Myślę, że mocno zbliżyłem się do prawdy
Nie lubi określenia dziennikarz śledczy. Gdy nie pisze – nurkuje albo gotuje. Jak twierdzi – nie jest pracoholikiem. Adam Zadworny to ikona dziennikarstwa, chociaż tego określenia też pewnie nie polubi. Właśnie do księgarń wchodzi jego najnowsza książka – historia zatonięcia promu Heweliusz – największej katastrofy morskiej w powojennej Polsce. Książka powstawała jednocześnie z netflixowym serialem „Heweliusz”, którego premiera będzie miała miejsce w 2025 roku. Czy będzie to punkt zwrotny w karierze Adama? Rozmawiamy z nim nie tylko o pisaniu książki, ale także o polskim wymiarze sprawiedliwości, gangach lat 90’, zmieniających się standardach w mediach oraz o etyce dziennikarskiej.

Na spotkanie z Adamem jadę w sobotni, październikowy poranek, Szczecin spowija gęsta mgła, która automatycznie nasuwa mi skojarzenia z pogodą, która była 14 stycznia 1993 roku, gdy w odmętach Bałtyku tonął Heweliusz. Przy sztormie spoza skali, prom coraz bardziej pogrążał się w wodzie, a pasażerowie, którzy skakali do lodowatego Bałtyku, byli bez szans. Z ponad sześćdziesięciu osób, które były na pokładzie, przeżyło zaledwie dziewięć. Tą tragedią żył cały Szczecin, w którym bardzo silnie osadzone jest środowisko pracowników morza. Prawie każdy z nas znał którąś z rodzin tych, co zginęli na Heweliuszu. Zarówno ja, jak i Adam jesteśmy dziećmi marynarzy, więc nie obce są nam emocje, gdy czekaliśmy na ojców powracających z dalekich rejsów…
Kasper Bajon, scenarzysta serialu „Heweliusz” napisał o Twojej książce: „Spotkałem się z większością osób, z którymi rozmawiał Zadworny, a jednak jego książkę przeczytałem z niekłamaną ciekawością, jednym tchem. Dała mi naprawdę sporo satysfakcji. (…) To jest przede wszystkim opowieść o Polsce lat dziewięćdziesiątych, o osieroconych poturbowanych ludziach, o próbie poskładania rozbitych żyć.” To, że napisałeś bardzo dobrą książkę, nie podlega dyskusji. Co jak się okaże, że Heweliusz będzie sukcesem także komercyjnym?
To byłoby super, ale wydaje mi się, że z pisania książek w Polsce potrafi żyć tylko Radosław Mróz. Żona (Alicja Rucińska-Zadworna przyp. red.) powiedziała, że może powinienem pisać kryminały, osadzone głęboko w rzeczywistości, z którą miałem do czynienia jako dziennikarz przez ostatnie trzy dekady. Tu jak wiadomo jest w ostatnich latach spora konkurencja, więc, póki co, trzymam się literatury faktu.
Podobno „Heweliusza", pisałeś nawet w podróży poślubnej?
To prawda (śmiech), w Apulii, ale tylko nad ranem. Ta książka to 14 miesięcy z mojego życia. Zaskoczyła mnie ilość dokumentacji, którą musiałem ogarnąć, aby wstępnie rozeznać się w tym, co państwo polskie ustaliło w latach 90-tych na temat tej katastrofy. Okazało się, że tylko akta trzech procesów przed Izbą Morską, to 29 tomów, po 300 – 400 stron każdy. Czytałem je w Gdyni ponad dwa tygodnie. Do tego akta śledztwa, które prowadziła ówczesna Prokuratura Wojewódzka w Gdańsku – jako pierwszy dziennikarz dostałem zgodę na wgląd w te akta. Potem przyszedł czas na spotkania i trudnie rozmowy. Dotarłem do wszystkich uratowanych marynarzy i wielu wdów, w tym do Jolanty Ułasiewicz, wdowy po dowódcy Heweliusza, kapitanie Andrzeju Ułasiewiczu, która przez lata walczyła o honor męża i przez te lata ta tragedia była dla niej otwartą raną. Wielkim wyzwaniem było też odtworzenie przebiegu tragedii. Żeby to się udało – na to co jest w aktach, na moje ustalenia, opowieści uratowanych, a także to co mówli tuż po katastrofie, podczas przesłuchań, w mediach – musiałem nałożyć raporty kapitanów, którzy tej nocy dowodzili znajdującymi się w pobliżu statkami czy np. nagrania rozmów kapitana Ułasiewicza ze stacjami brzegowymi.
Książkę, czyta się jak dobrą fabułę.
Cieszą się, bo zależało mi na tym, żeby czytelnik połknął haczyk i żeby udało się go utrzymać do ostatniej strony. Oczywiście sprzyja temu tajemnica, która jest w tej sprawie. Poza tym, ta tragedia ma tak wielki potencjał dramatyczny, że szczególne zabiegi formalne nie były potrzebne, żeby opowieść była ciekawa. Co nie znaczy, że nie nagłowiłem się nad kompozycją. Gdy się w niej zanurzysz, wiesz, że z zachodu pędzi już huragan Junior, zbliża się katastrofa, ale nie wiesz, kto z niej wyjdzie cało. Opisując katastrofę miałem świadomość, że będą to czytały rodziny ofiar i ci którzy przeżyli. To głęboko straumatyzowani ludzie. Do tej pory śnią im się koszmary, pływające w wodzie zwłoki… Książka, mam nadzieję, pokazuję też walkę o prawdę, walkę wdów o sprawiedliwość, o dobre imię i godność tych, którzy zginęli. W tle jest tamta Polska lat 90', dysfunkcyjne państwo.
Jak bardzo udało ci się zbliżyć do prawdy o prawdziwych przyczynach zatonięcia Heweliusza?
Myślę, że mocno zbliżyłem się do prawdy, ale mam też wewnętrzne przekonanie, że ci, którzy byli na mostku kapitańskim i zginęli zabrali pewne tajemnice ze sobą do grobu. Dlatego praca nad książką była tak ciekawa. Gdyby ta historia w całości była wyjaśniona, nie napisałbym jej.
Jest tam sporo marynarsko-szczecińskiego kolorytu, bo sam jesteś dzieckiem marynarza, jakiego gatunku to emocje?
Trudne. Chyba najtrudniejsze było dla mnie spotkanie z wdową po Andrzeju Ułasiewiczu, który jako jedyny polski kapitan żeglugi wielkiej po II wojnie światowej, postanowił pójść na dno ze swoim statkiem. Pani Jolanta wiele lat walczyła o przywrócenie dobrego imienia męża, z którego w 1993 r. próbowano zrobić kozła ofiarnego, odpowiadającego za tragedię i jej rozmiary. Podczas naszego spotkania w warszawskim mieszkaniu Ułasiewiczow, na moment wyszła do innego pokoju i przyniosła mi kukiełkę – Babę Jagę zrobioną ze sznurka z liny okrętowej, która zawsze towarzyszyła kapitanowi Ułasiewiczowi w morzu. Mówił, że przynosi mu szczęście, marynarze są przesądni. Ale nie wziął jej ze sobą na „Heweliusza”. Przypomniałam sobie, że dostałem od ojca bardzo podobną kukiełkę, pirata, być może zrobił ją ten sam bosman…







